Władysław Żeleński (1937-1921)

Wybitny polski kompozytor i pedagog, jest postacią w dużej mierze zapomnianą. Jego dokonania jako artysty oraz założyciela i długoletniego dyrektora krakowskiego Konserwatorium, wydają się być dziś zaledwie epizodem w ponad tysiącletniej historii Krakowa.

Jego utwory, w większości nie wydane i nie przebadane, podzieliły los polskiej muzyki XIX wieku, uważanej dotąd – wyjąwszy twórczość Chopina – za zapóźnioną i niewiele wartą na tle osiągnięć muzyki europejskiej. Na taki stan rzeczy złożyły się liczne nasze narodowe kompleksy, niedostatek wiedzy, a także polska tradycja intelektualna, która w muzyce dostrzega jedynie rozrywkę, a oświadczenie o braku słuchu muzycznego – uważa za przejaw dobrych manier. Wszystko to sprawia, że polskie malarstwo czy literatura tego okresu, są wielokrotnie lepiej poznane i znacznie wyżej oceniane niż twórczość muzyczna. W ostatnim czasie jednak daje się zauważyć pewien wzrost zainteresowania muzyką polską okresu zaborów. Pojawiają się rzetelne wykonania i nagrania, a także inicjatywy wydawnicze. W przypadku Żeleńskiego jest to zadanie trudne, a perspektywa jego pełnej realizacji - odległa z uwagi na obfitość i rozproszenie pozostawionego przez twórcę dorobku artystycznego oraz ze względu na stan badań nad jego życiem i twórczością. To z tej przyczyny w biografii Żeleńskiego wciąż jest pełno luk, których uzupełnienie wymagać będzie wielu lat pracy. Ale dłużej zwlekać niepodobna. Dlatego, świadomi wielu znaków zapytania, chcemy ukazać postać Władysława Żeleńskiego z jak najszerszej perspektywy. Miejmy nadzieję, że działania nasze wpiszą się trwale i skutecznie w proces przywracania polskiej kulturze postaci i dzieł Władysława Żeleńskiego.

Żeleńscy

Władysław Żeleński był potomkiem starego, szeroko rozgałęzionego rodu Żeleńskich z Żelanki, pieczętującego się herbem Ciołek i piszącego się także jako Zieleńscy, Zielińscy, a również Żelińscy. Historia ich związków z Krakowem i jego okolicami sięga połowy XVI w., gdy kanonik Maciej Żeleński zakupił położoną na północny wschód od Krakowa wieś Łucjanowice (obecnie Łuczanowice w obrębie miasta).

Wieś ta przeszła na własność jego brata, Bartłomieja, starosty stężyckiego. Po nim odziedziczył ją jego syn, Stanisław Żeleński (ok. 1575 – 1646), który przywiózłszy ze studiów w Lipsku i Heidelbergu idee reformacji, założył w Łucjanowicach zbór kalwiński, działający do 1687 roku, zaś w 1636 wystawił tam kaplicę na pamiątkę zawarcia lokalnej unii pomiędzy wyznawcami kalwinizmu i luteranizmu. Wcześniej, bo w 1623 roku, Stanisław Żeleński zakupił od rodu Zadorów Lanckorońskich dobra Brzezie między Wieliczką a Bochnią, w skład których wchodził m.in. folwark Grodkowice. Przypadł on jego synowi, Marcjanowi Żeleńskiemu (ok. 1625-1677), burgrabiemu krakowskiemu, który utraciwszy wzrok, kazał w Grodkowicach wybudować wierną replikę łucjanowickiego dworu, aby „nie błądzić po pokojach”. Pierwszą żoną Marcjana i matką jego dzieci była Maria Tęgoborska, prawnuczka Mikołaja Reja z Nagłowic – odtąd przedstawiciele tej gałęzi Żeleńskich, zwanej „starszą”, byli również potomkami słynnego pisarza. Wraz z gałęzią „młodszą”, osiadłą w Brzeziu, ufundowali oni zbór w pobliskich Wiatowicach. Część rodu pozostała w Łucjanowicach, gdzie w 1787 Marcjan Stanisław Żeleński, prawnuk poprzedniego, wybudował nowy dwór i urządził istniejący do dziś cmentarz kalwiński ze zwieńczonym kolumną „kopcem Lutrów” – jak go zwie okoliczna ludność. Tymczasem w Grodkowicach gospodarzył brat Marcjana Stanisława - Władysław Bartłomiej Żeleński (1733-1809), szambelan królewski, po nim zaś Andrzej Paweł Samuel (1769 - ok. 1817), dziad kompozytora, a ojciec chrzestny generała Jana Henryka Dąbrowskiego, zarazem zaś ostatni z Żeleńskich, który pozostał przy wyznaniu kalwińskim. Począwszy bowiem od następnego pokolenia, zaszły w starszej gałęzi rodu wielkie zmiany i dramatyczne wydarzenia.

Z dymem pożarów...

Starszy syn Andrzeja Pawła Samuela, Marcjan Władysław Żeleński (1804-1846), miał w chwili śmierci ojca lat może trzynaście. Wychowywała go matka, Józefa de Dahlke (ok. 1770 – ok. 1850), która w 1828 roku nakłoniła swe dzieci do przejścia na katolicyzm. Marcjan Władysław brał udział w Powstaniu Listopadowym w stopniu kapitana i został odznaczony orderem Virtuti Militari. Wróciwszy w rodzinne strony wykupił majątek Brzezie, ożenił się w 1833 z Kamilą Russocką z Brzezia i utworzył w Grodkowicach kwitnące gospodarstwo, które pozostało w rękach Żeleńskich do 1939 roku, a którego tradycje są żywe do dziś. Tu urodziło się jego pięcioro dzieci, z których jako drugie, 6 lipca 1837, przyszedł na świat Władysław Marcjan Mikołaj, przyszły kompozytor.

Prócz energii, zaradności i gospodarskiego ducha, dziedzic Grodkowic odznaczał się niepospolitą muzykalnością, dobrze grał na fortepianie i próbował sił w kompozycji. Nie wiemy czyim był uczniem, ale pierwszych lekcji być może udzieliła mu matka, córka Estery Linowskiej, „ozdoby obiadów czwartkowych” oraz Ferdynanda Krzysztofa Dahlke, generała wojsk koronnych, który uprawiał z amatorska malarstwo pejzażowe. Zamiłowania artystyczne Marcjana Władysława były czymś nowym w dziejach rodu Żeleńskich, ale pozostały z nimi na dłużej. Prócz Władysława, także najstarszy syn, Stanisław (1835-1909), obdarzony był talentem muzycznym, w późniejszych zaś pokoleniach pojawili się literaci i plastycy.

Tymczasem jednak nad Grodkowice nadciągnęły tragiczne wydarzenia, które zapisały się w dziejach Polski jako „rzeź galicyjska”. Otóż w latach 40-ych XIX wieku szlachta polska szykowała się do nowego powstania. Miało się ono rozpocząć w Galicji – dziedzic Grodkowic, o którym chodziły słuchy, że był polskim karbonariuszem, musiał wiedzieć o tym. Próbowano, z miernym skutkiem, pozyskać dla narodowego zrywu włościan, obiecując im – poniewczasie! – zniesienie pańszczyzny. Wtedy władze austriackie rozpuściły wśród chłopów plotkę, że szlachta zbroi się po to, by ich wymordować. Był to kompletny absurd – wszak majątki ziemskie w Galicji wyrastały z niewolniczej pracy poddanych. Ale nieludzko traktowani wieśniacy dali się otumanić. Liczące po kilkaset chłopa gromady, skuszone nagrodą przez starostę tarnowskiego Josepha Breinla von Wallerstein, od połowy lutego 1846 roku napadały na dwory szlacheckie, paląc, rabując i mordując okrutnie. 23 lutego jedna z watah podeszła pod dwór Żeleńskich w Grodkowicach. Na nic się zdały próby przemówienia do napastników, żądających wydania broni, której dziedzic nie miał. Nastąpił atak. Marcjan Żeleński rzucił się na pomoc zranionej żonie, został pochwycony, skrępowany powrozami, wsadzony do beczki...

„Myśmy wszystko zapomnieli
Mego dziadka piłą rżnęli.”

Tę kwestię wypowiada w Weselu Wyspiańskiego Pan Młody, ale mógłby ją wypowiedzieć któryś z wnuków Marcjana Władysława. Wyspiański dobrze znał Żeleńskich i ich historię. Lecz świadomość, kto stoi za zbrodniami tamtej zimy, była powszechna. Świadczą o tym słowa Chorału (‘Z dymem pożarów’) Kornela Ujejskiego, napisanego w 1847 do muzyki Józefa Nikorowicza:

„Ależ, o Panie! oni nie winni
Choć naszą przyszłość cofnęli wstecz
Inni szatani byli tam czynni
O, rękę karaj, nie ślepy miecz!”

Podobnie musiała myśleć pani Kamila Żeleńska, kiedy w miejscu śmierci męża stawiała żeliwny krzyż, na którego ramionach widnieje napis: Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią. Marcjan Władysław pochowany został przy kościele w Brzeziu, gdzie po latach, w 1903 roku, jego syn Stanisław, ówczesny dziedzic Grodkowic, postawił mauzoleum projektu Władysława Ekielskiego. Inny zaś wybitny architekt epoki, Teodor Talowski, zaprojektował w roku 1902 na miejscu starego dworu nową siedzibę Żeleńskich, utrzymaną w typowym dlań stylu łączącym elementy eklektyzmu i secesji. Dzierżawiony przez muzyków, państwa Martę i Ireneusza Trybulców, nieraz rozbrzmiewa muzyką Władysława Żeleńskiego.

Lata nauki w Krakowie

Wspomnienia tragicznej nocy 23 lutego 1846 i konieczność kształcenia dzieci, wymogły na pani Kamili Żeleńskiej przeprowadzkę do Krakowa. Nie wiemy dokładnie kiedy to nastąpiło. W latach 1850-57 Władysław uczęszczał do najstarszego w Krakowie, słynnego kolegium Nowodworskiego, mieszczącego się wówczas naprzeciwko kościoła św. Anny i noszącego w latach 1818-1928 nazwę Gimnazjum św. Anny, nadaną przez władze austriackie. Przebiegu jego nauki nie znamy, niewiele też możemy powiedzieć o pierwszych lekcjach gry na fortepianie i skrzypcach, jakie pobierał on u Kazimierza Wojciechowskiego. W 1854 znalazł się wśród uczniów Jana Germasza (1795-1867), znakomitego pianisty, cenionego odtwórcy dzieł Beethovena i jednego z najlepszych pedagogów gry fortepianowej w Krakowie. Był on z pochodzenia Czechem, co najmniej od 1829 roku zamieszkałym w Krakowie. Z czasem spolonizował się całkowicie. To u Germasza uczyli się najlepsi ówcześni pianiści krakowscy – Józef Lubowski i Emil Śmietański. Nie byle jakie musiały być jego muzyczne kompetencje, skoro pełnił także funkcję drugiego dyrygenta Opery Krakowskiej za dyrekcji Hilarego Meciszewskiego. Być może to on poddał Żeleńskiemu pomysł późniejszych studiów w Pradze.

Wpierw jednak, w 1853 i 1856, Żeleński dwukrotnie odwiedził Wiedeń, gdzie słyszał Symfonię g-moll Mozarta i jego Requiem – pod batutą Liszta! – a przede wszystkim Wesele Figara i Don Giovanniego, prócz tego zaś Roberta Diabła Meyerbeera. Można sobie wyobrazić, co przeżywał na tych spektaklach młody chłopak, który dotąd o operze nie mógł mieć pojęcia, bo wspomniana wyżej krakowska scena upadła jeszcze w 1846 roku.

A tymczasem opera, jako gatunek muzyczny i środek artystycznego wyrazu, zarzucała na Żeleńskiego swoje sieci. Już wkrótce bowiem został on uczniem kogoś, kto wiedział o niej niemal wszystko. Był to Franciszek Mirecki (1791-1862), syn organisty kościoła Mariackiego, absolwent filologii klasycznej UJ, uczeń Johanna Hummla w Wiedniu (gdzie był kustoszem Biblioteki Ossolińskich i sąsiadem Beethovena, któremu dyktował polskie pieśni ludowe), przyjaciel Giulio Ricordiego, założyciela sławnej muzycznej oficyny wydawniczej w Mediolanie, uczeń i współpracownik Luigiego Cherubiniego w Paryżu, wreszcie dyrektor opery w Genui, opromieniony sukcesami swych włoskich oper na scenie mediolańskiej La Scali. Ten wyjątkowy muzyk, zapomniany dziś nawet w swoim rodzinnym mieście, w roku 1838 powrócił do kraju i założył w Krakowie Szkołę Śpiewu Dramatycznego, którą w 1841 roku przemianowano na Szkołę i Bursę Muzyczną. Była to pierwsza w Krakowie publiczna szkoła muzyczna. Składała się ona z dwóch wydziałów: wokalnego – którym kierował sam Mirecki, i instrumentalnego, prowadzonego przez Wincentego Gorączkiewicza, krewnego matki Mireckiego, organistę katedry wawelskiej, którego gry przyjeżdżał słuchać Ferenc Liszt. W latach 1844-47, za czasów Meciszewskiego, był Mirecki pierwszym dyrygentem Opery, ale nawet on nie mógł uchronić jej przed upadkiem. Za to jako pedagog potrafił wspaniale pokierować rozwojem młodych śpiewaków i aktorów; emisji głosu i dykcji uczyła się u niego Helena Modrzejewska. Z jego oper zachowało się to, co wydał w wyciągu fortepianowym Ricordi, ale świetna Symfonia c-moll z około 1855 roku zaświadcza o wysokim kunszcie tego wybitnego artysty.

Czy był Żeleński formalnie uczniem Szkoły i Bursy Muzycznej – tego nie wiemy, gdyż nie potrafimy powiedzieć, czy pozwalał na to jego status gimnazjalisty. Wiemy tylko, że brał udział w szkolnych uroczystościach i popisach. Na jednym z nich, 29 lipca 1857 roku, poprowadził swą zaginioną dziś Uwerturę na orkiestrę. Był to jego publiczny debiut jako kompozytora i dyrygenta. Pod okiem Mireckiego powstały też dwa pierwsze kwartety smyczkowe Żeleńskiego, również zaginione, i Sonata fortepianowa op. 5. Ukazała się ona drukiem w 1859 u Ricordiego w Mediolanie, zapewne za sprawą Mireckiego, który niegdyś przyjaźnił się z nieżyjącym już wówczas założycielem tej sławnej włoskiej oficyny.

Był to już najwyższy czas, aby poważnie pomyśleć o przyszłości. Starszy brat Władysława – Stanisław Żeleński – nie miał wyboru. Jako pierworodny dziedziczył grodkowicki majątek. Utalentowany pianista, przez dwa lata studiował grę na fortepianie u Aleksandra Dreyschocka w Pradze; grał także na wiolonczeli. Umiejętności te mógł, wzorem ojca, spożytkować co najwyżej jako wykształcony amator muzyki. Ukończył zatem prawo, kierunek wśród szlachty akceptowany, i wziął się za gospodarzenie. Władysław tego robić nie musiał, ale kariery muzyka tak po prostu obrać nie śmiał. Nie przystoi bowiem szlachcicowi trudnić się sztuką. Wolno mu się nią jedynie bawić. Na życzenie matki podjął więc w 1857 studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, nie prawnicze jednak, lecz filozoficzne. Trudno dziś orzec, jak zostało to odebrane przez rodzinę. Dość, że po dwóch latach Żeleński spakował manatki i wyruszył do Pragi, aby tam, na Uniwersytecie Karola, w spokoju dokończyć studiów, a przy okazji pogłębić edukację muzyczną.